Kolejny z cyklu" wziął się przemalował" i kolejny z tych, w których zmiana w kolorystyce i dodanie kilku elementów postawiło kropkę nad "i". Patrząc na " Dwa światy" pewnie nasuwa Wam się,że zły dotyk boli całe życie... niestety coś w tym jest. Tkwiłam w czymś jakiś czas, całkiem długi i oczywiście zostawiło to we mnie całkiem sporą rysę. Trochę już się z tego wyleczyłam, ale też nie do końca. Zdjęcie powyżej pokazuje ostateczny wygląd, który powstał w lipcu br.i jest w nim więcej życia, pewnie dlatego,że kończąc coś dałam sobie szanse na nowe lepsze życie, z którego staram się korzystać jak najlepiej. Poniżej zamieszczam poprzednią wersję... za czasów w których właśnie w czymś tkwiłam. Mimo wszystko uważam,że moment w którym oddaję się malowaniu jest mądrzejszy ode mnie, nie jestem w stanie sama siebie oszukać. I tak jak napisałam jakiś czas temu:" Moje malowanie ma to do siebie,że kiedy to robię to mówię dużo, bo czuję się bezpieczna. Kiedy kończę nie czuję już nic, zaczynam siebie od nowa. Myślę,że sztuka to taka swoista forma ratunku, zwłaszcza dla tych, którzy nie potrafią mówić wprost, a już z pewnością nie są w stanie powiedzieć wszystkiego. Pamiętajcie o tym patrząc na większość obrazów, bo z własnego doświadczenia wiem, że jest to jedyny moment stu procentowej szczerości. Każdy artysta tłamsi w sobie mnóstwo rzeczy, potrafi to perfekcyjnie maskować. Nasze błogosławieństwo i przekleństwo zarazem, mówiąc kolokwialnie-pierdolony tlen... Patrzcie sercem, na wszystko"


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz